“Zapiski znalezione w archiwach i być może są to zapiski Józefa Morawskiego /1782-1853/ poety lub Franciszka Morawskiego /1783-1861/ generała wojsk napoleońskich. Są to wspomnienia z podróży na ziemiach kłodzkich publikowane jedynie w salonie literackim Franciszka pod kryptonimem “J.M.” Poniższy fragment pochodzi prawdopodobnie z 1817 r. i jest opisem wioski z okolic Lewina jak i samego Lewina.

 

Z Reinerz przyjechaliśmy do miasteczka Lewin. Jest to jedno z najładniejszych miasteczek, o których wspomina glacka kronika. Czarne, wąskie ulice, te domy tak dziwnej i malowniczej architektury o ogromnych podsieniach i bramach nad którymi widniały figurki różnych świętych w głębokich wydrążnieniach muru. Te starodawne i na półzżarte napisy, cisza, małe zaludnienie, góry ciemne jodłami najeżone, nad miastem wiszonce – to wszystko jakieś ciemne-tęskne czyni wrażenie.

Pustą uliczką toczy się nasz powóz, a turkot echem sklepieni powtórzony wabi do okien piękne młode dziewczyny, których ciekawe oczy jak gwiazdki z pomiędzy gęstych liści jaskrawych błyszczały granitów. Nasz powóz skierował się w stronę białej wieży, z której odgłos dzwonu pobożnych mieszczan do modłów zachęca. Lud cały handlem lub rzemiosłem zatrudniony nie miał prawie rozrywki, od której i tak akcyzę płacić musiał. Za kościołem karczma zajezdna prosiła w zastępy gości, my nad Metuje udaliśmy się. Przed przejazdem do Czech padać deszcz poczoł, to też schroniliśmy się w wiosce przy granicy.

Chata do której wprowadziła nas wieśniaczka przedstawiała miły i podczciwy widok, jaki cechowała jej wnętrze pełne prostoty, pełne wymowy głebokiej. Po lewej stronie od wejścia izba przestronna, przewiewna, w niej łóżko szerokie małżeńskie, drugie mniejsze dziecinne, kolebka, stół duży, parę zydlów, szafa w kącie, podle niej skrzynka, pod oknem warsztat tkacki polwleczony białą przendzą. Na ścianie drewnianej Crystus na krzyżu i kilka obrazów świętych zawieszonych jakby ku straży tego przybytku prostoty. Za oknem zaś czarne, elektryczności pełne chmury spoza gór się toczą i przytłaczają je, zdawając się swoją żałobą udzielają barwę. Niebo czarno-szare, ciemne jak noc. Rozpościera swe cienie na ziemię, gromy huczą, echo powtarza, po ciemnych górach tańczą błyskawice i jak mieczem niby je tną. Przy tym świetle szybkim jak myśl, co za czarujący widok. Jaka świeża, żywa, różnociemna zieloność – znów ciemno, czarno, lecz do razu, gdy jeczsze huczy i grzmi i błyska, ze środka czarnych chmur przegląda złotobiały obłoczek na tle lazueowym, jak zwiastun spokoju.

Gospodyni nasza ubrała się w suknie bareżową odświętno i poczeła uraczać nas na ten czas opowieściami o okolicy i dziwach upiornych. Mówić poczeła o czarownicy Brodką zwanej co na rozstajach dróg straszyła wędrowców. Tam ja złapawszy zabli i pochowali. Gdy i po śmierci nie przestawała w postaci upiora dokuczać, prześwietny magistrat miasta nakazali ją odkopać i palem przebić. Wiele przy tej operacyji krwi z niej wylano. Bardzo głębokie jej powtórne zakopanie nie uspokoiło tego pośmiertnego figlarza, który odważył sie jednego z członków magistratu rzucić o ziemię i nogami podeptać. Tak urażony sąd nakazał powtórnie odkopać, a tysiące świadków naocznych przekonały się, że w trumnie sobie z piersi kołek wyciągnęła i w ręku go trzymała. Głębiej i uczeniej rzecz do wiary niepodobną magistrat rozważył, nakazując ciało jej spalić, a na koniec złego w niej ducha zniszczyć i prochy z wiatrem rozsypać. Przestraszonemu ludowi przywrócono bezpieczeństwo i spokój. To też do dnia dzisiejszego co zacni gospodarze dla Boga i przeciwko złemu krzyże stawiają.

Spojrzałem na krzyż przy drodze. Wyjaśniać sie poczęło, błękit nieba zwycięskie nakazywał podwoje. Spoza dziwacznych krztałtów i odcieni trudnych do opisania nigdy na płaszczyźnie tak nie widzianych obłoków.
Gdy deszcz ulewny kończy grzmoty wróży to pogodę stałą, mały deszcz jak przez gęstą zasłonę góry nam przedstawia – raz zasłania zupełnie, by miejscami rozdzielić zasłoną pokazując część gór jasno i wspaniale, gdy inne jakby nie istniejące płaszczem mgły otulone.

Nareszczie mgła się rozrzedza, ustępuje zostawiając tu i ówdzie mniej lub więcej chmur po drodze, które jak kłęby dymu pełzały po górach, goniąc się, łącząc, rozchodząc, wznosząc się upadają i nikną. Gdy ulewny deszcz długo nie pada i chmury odbijając się o góry nie przechodzą ich szczytów, nasycają się świeżą elektryką i rosną wznosząc się ponad nie lud wiejski tych okolic mówi: – Fala sie tuła, albo
– Zepsute grzmoty, które w tym czasie się powtarzają, deszcz przez kilka dni przepowiadają.

Wypogodziło się, gospodarz na ten czas nadjechał i poczoł w gościnę zapraszać, mówiąc: – To coście widzieli w dzień musicie obaczyć nocą. Tu dni w czerwcu i w lipcu są tak jasne, że zachód słońca ze zorzą prawie sie łączy. Na północ zawracając z góry obaczą przecudny krajowid na góry siennice zwane heuscheure i z wód słynące kudowy. Tam i teraz panowie z okolic przyjeżdżają i goście z wód by z belwederu urzekać się pięknem nasycającego widoku. Panie lornetkują, a panowie dziwując się palą sygareta, napiwszy się naszego kaltensprudelu.

Dziękując za gościnę ruszyliśmy w dalszą drogę mijając lasy i bagniska wzgórz, kierując się na Metuię w Czechach. ”

Nie wiem, kto jest autorem tego fragmentu relacji z podróży. Na zdjęciu Franciszek Morawskie, ale może jednak był nim Józef?

http://pl.wikipedia.org/wiki/Franciszek_Morawski_(1783-1861)
przygotował Lewin Kłodzki.